Przeczytałam o sobie w mojej głowie i nie było to nic przyjemnego. Był tam stek przekleństw, grubiańskich i bezceremonialnych określeń, maniakalnych epitetów oraz ogrom emocji. Co więcej nie napisałam o sobie, tylko o tobie. Ciekawy obrót wydarzeń. Napisałam, że się wstydzę siebie samej, że nie rozumiem tego głupiego uczucia, jakie mnie kiedyś wypełniło na twój widok.
Wtedy było to szczere, dziś jest niestety takie same.
Nie zmieniło się to, a uświadomiła mi tę kwestię Przyjaciółka. Jesteś pierwszą kochaną przeze mnie osobą, pierwszą, której chciałam powiedzieć więcej niż samej sobie. Żałosne i prawdziwe. Wspomnienie o tobie przerasta mnie i napawa obrzydzeniem. Jest odległe i jednocześnie chorobliwie bliskie. Przerażające ale i kojące, takie spokojne.
Nienawidzę siebie samej za to, że z nienawiści nadal to we mnie trwa. Nadal gdzieś tam siedzi. Nadal wypełnia jakąś część mojego serca. Boleśnie ocieka niesmakiem na twój widok i gorączkowo chlubocze dla ciebie. Ohydztwo. Obrzydlistwo jak ich mało.
Zabił? Pff. Nienawiści i zniesmaczenia w kłamstwie nie da się zabić, jak się okazuje.